Zdaje mi się, że cała wiedza o moim życiu pochodzi z książek
Jean-Paul Sartre, Mdłości

sobota, 31 maja 2008

Pięciu pisarzy, których wstyd czytać

Oto koszmar, który prześladuje każdą kobietę, choćby luźno związaną z literaturą. Poznajesz mężczyznę. Jest przystojny, uprawia sporty. Niestety, przychodzi chwila, w której postanawia wykazać, że jest również inteligentny. Ponieważ dowiedział się, że jesteś krytykiem literackim/polonistką, albo choćby osobą czytającą książki, postanawia zabłysnąć na polu literatury. I zanim zdążysz zaprotestować, już deklaruje: «Książka, która ostatnio zrobiła na mnie wielkie wrażenie, to…». Pada tytuł. Facet uśmiecha się z satysfakcją: jest pewien, że zaraz zacznie się między wami porozumienie w dziedzinie ducha. Ostatnio postanowił bowiem raz w tygodniu po pracy zamiast squasha uprawiać życie duchowe. Biedaczek, nie wie, że jedynym porozumieniem możliwym pomiędzy wami od tej chwili jest, że to on płaci za kolację. Nie będziesz dokładać nawet złotówki do kolacji z analfabetą.

Mnie osobiście w takich sytuacjach prześladowały zawsze dzieła Paula Coelho. Iluż czarujących mężczyzn, których nie mogłam traktować poważnie, od kiedy mi się zdradzili z miłością do «Alchemika». Kiedy to się znowu zdarzyło w zeszłym roku, postanowiłam naocznie zbadać fenomen. Sama, rzecz jasna, Coelho nigdy nie czytałam, nawet jednej strony. Są książki, których nie trzeba czytać, żeby wiedzieć, ile są warte. Wystarczy, że polecą nam je koleżanka Xi kolega Y Do tych autorów, którymi pogardzałam zaocznie, poza Coelho należeli jeszcze Janusz L. Wiśniewski i Dan Brown. Pomyślałam: a gdyby tak zrobić sobie dwa dni ze szmirą? I wreszcie mi się udało w tym tygodniu

Paulo Coelho

Ponieważ sama tych dzieł nie posiadam, udałam się do biblioteki. I zaczęłam od Coelho. Tak, wiedziałam, że to jest tandetne: nauczania speca od marketingu, jak żyć, zawarte w jakichś pseudomistycznych fabułach. Ale lektura jednak przerosła moje oczekiwania. Tak naprawdę w tej książce nie ma żadnej fabuły ani właściwie żadnej filozofii. Co nam bowiem opowiada Autor? Bohater podróżuje po świecie, żeby odnaleźć Skarb. Skarb, znaczy Tajemnicę. Tajemnicę, znaczy Życie. «Życie obdarza hojnie tego, kto jest wierny Własnej Legendzie». «Twoje serce jest tam, gdzie twój skarb». «Tyłko ten, kto odkrywa Zycie, może znaleźć skarb». Coelho odnalazł kamień filozoficzny literatury: wystarczy pisać dowolne brednie i od czasu do czasu nacisnąć Shift, żeby zrobić wielką literę. Na pewno temu i owemu skojarzy się to z głębią.

Miałam kiedyś kolegów Norwegów, którzy zgodnie z ogólną obojętnością na sprawy kultury panującą w tym bogatym kraju, nie czytali nic poza Stephenem Kingiem i Johnem Grishamem. Głównie zaś oglądali telewizję. Ich potrzeby duchowe były zerowe, ale mówili o tym wprost, niczego nie udając I jak powiedziałby Jerzy Pilch to było dobre. Kiedy jednak człowiek o podobnej mentalności postanawia pogłębić się duchowo, kończy się to jakże często katastrofą estetyczną w rodzaju Coelho. No, ale gdyby przyjąć z dobrą wolą, że znajduje się tam jakaś myśl – to jak by ją streścić? Jest to mianowicie filozofia optymizmu jednostki w oparciu o Duszę Wszechświata. «Jeśli naprawdę z całych sił czegoś pragniesz, znaczy to, że pragnienie owo zrodziło się w Duszy Wszechświata». I jeszcze: «Nie staraj się objaśniać uczuć». Drodzy panowie konsultanci i bankowcy, czy wiecie, że Coelho jest przeciw rozumowi? Ale nic dziwnego. Posiadanie rozumu uniemożliwiłoby wszak czytanie jego książek.

Janusz L. Wiśniewski

Skończywszy z brazylijskim guru, myślałam, że odtąd może być już tylko lepiej. A jednak, przystąpiwszy do lektury opus magnum Janusza L. Wiśniewskiego, «S@motność w sieci», prędko zrozumiałam, że nazywanie autora producentem tanich romansideł jest niedocenianiem jego kunsztu. Przy zdaniu: «Na samą tylko myśl o tym krew, szumiąc, odpływała w dół jak oszalała i pojawiała się, jak na zawołanie, wilgotność», zaczęłam rozglądać się wokoło. Czy nikt nie widzi, co czytam? Ale jak to możliwe? Słyszałam na własne uszy kobiety kulturalne, na stanowiskach, które zachwycają się, że autor świetnie rozumie duszę kobiety… No wiec kobiety obdarzone duszą, którą rozumie Janusz L. Wiśniewski, uwodzą mężczyzn «siadając bez majtek, z rozłożonymi udami na biurku». Swoją drogą trochę mnie zaniepokoiła ta strategia flirtu, autor bowiem ma ponoć wielki wpływ na czytelniczki.. O czym dowiadujemy się z aneksu do «S@motności w sieci», gdzie umieścił swoją z nimi korespondencję. Zwierza wstrząśnięta czytelniczka: «Pieprzone książki. Pod wpływem «Alchemika» zdradziłam go drugi raz. Teraz boję się czytać tę cholerną «S@amotność»».

Zdrada chłopaka lub męża pod wpływem rzeczonych dzieł może nie być uznana za kompromitację wyłącznie w jednym wypadku: gdy następuje ona po odkryciu, że chłopak posiada te dzieła w swojej bibliotece.

I ostatni akcent: «Jak po przeczytaniu powieści nie myśleć, że jeżeli Bóg naprawdę stworzył ludzi, to przy autorze S@motności… spędził trochę więcej czasu?» – snuje się myśl, gdy pachnie mimoza. Na co autor skromnie: «Teraz, w tym miejscu, ogarnął mnie lęk i zwątpienie. Boję się, że zacytowane pochwały, opisy wzruszeń, zachwyty ściągną na mnie zarzuty pychy, arogancji i zarozumialstwa». Skądże znowu.

Dan Brown

Trzecim wielkim mistrzem ceremonii zbiorowego ogłupiania, która odbywa się w zaciszu naszych salonów i bibliotek, jest Dan Brown. Pal licho jeszcze czytelników, którzy łyknęli tę jego twórczość jako kryminały. Ale fenomen wiąże się z innymi zgoła jej walorami. Ludzie uwierzyli mianowicie, że w «Kodzie Leonarda da Vinci» znajdują się nowatorskie i głębokie refleksje na temat Chrześcijaństwa, sztuki, duchowości i historii Zachodu. Zdarzyło mi się spotykać przystojne kobiety w średnim wieku, na przykład redaktorki w wydawnictwach, które z zadumą mówiły: niby fikcja, ale jednak coś w tym jest…

«Kod Leonarda da Vinci» stał się ulubionym przewodnikiem Amerykanów klasy średniej, kiedy wreszcie wybiorą się porównać wieżę Eiffla ze zdjęciami z filmów, podręcznikiem do nauki historii sztuki w weekend, nowatorskim katechizmem i słownikiem etymologicznym.

Lecz chcąc być absolutnie pewnym sukcesu, Dan Brown zawarł w książce także postępowe idee dotyczące Kościoła, powszechnie podzielane przez zachodnią kawiarnię czy raczej zachodni supermarket. «To smutne, że kiedy większa część Kościoła katolickiego powoli zmierza we właściwą stronę w kwestiach praw kobiet, Opus Dei jest zagrożeniem dla postępu» – pisał dramatycznie, budząc zamęt w sercach milionów wierzących czytelników.

Cegielski i Passent

No i tak minęły moje dwa dni w Bibliotece Narodowej. Poza tymi trzema sztandarowymi producentami szmiry są jeszcze pomniejsi autorzy, o których aż się prosi wspomnieć. Z Polaków – Max Cegielski. Sprawny dziennikarz telewizji Kultura, organizator popularnych imprez Masala i prezenter radiowy, jest jednak do tego stopnia pozbawiony już nawet nie talentu literackiego, co elementarnej umiejętności zajmującego pisania, że czytanie jego tekstów przypomina poprawianie wypracowań szkolnych. Dla każdego, kto otworzył książkę «Masala», jasne jest, że autor powinien ograniczyć się do ścisłej działalności pozatekstowej. Nie chodzi już nawet o tandetność tej myśli w stylu «Zachód dostrzega swoją zgniliznę i chce się odnowić w duchu Wschodu». Chodzi o te tasiemcowe wypracowania: to o krajobrazie Indii, to ojej dziejach, albo też obserwacje społeczne na trójkę z plusem. Niestety mimo tych dzieł Max nadal uchodzi za duchowego guru wśród bankowców znudzonych wieloletnim zarabianiem forsy.

Zawsze uważałam też za straszliwe pisarstwo Agaty Passent. Jest w jej felietonach ta szczególna pretensjonalność, która powstaje z połączenia pewności siebie z brakiem czegokolwiek oryginalnego do powiedzenia. Pamiętam jakiś felieton, kiedy się zwierzała, jak to grywała w tenisa z Fibakiem w Harvardzie. Żeby to ona chociaż grywała z Fibakiem dzięki własnym zdolnościom, ciężkiej pracy i tak dalej. Ale chwalenie się, że tata miał kontakty… I kiedy mi ktoś mówi, że czytuje felietony Agaty Passent, wiem, że w kolejnym zdaniu nastąpi informacja, do jakich restauracji się teraz chadza z wózkiem, ponieważ, «jak zapewne słyszałaś, dzieci są teraz trendy».

Nie słyszałam. Natomiast słyszałam, że brak gustu ciągle trendy nie jest.

Magdalena Miecznicka, „Dziennik”

niedziela, 18 maja 2008

łóżko

Jej sypialnia była już uporządkowana, z wyjątkiem łóżka, które zawsze przypominało gniazdo z pozwijanych koców i spiętrzonych poduszek. Nigdy jej za to nie upominałam, przeciwnie, cieszyło mnie, że ma jedno takie miejsce, które uważa za swoje, w które może się schronić, uciec od tej naprawdę strasznej potrzeby bycia zawsze taką żywą i grzeczną. Niekiedy w ciągu dnia ni stąd, ni zowąd szła do swego pokoju – nagle, jakby czegoś było już za wiele. Zamykała drzwi i, byłam tego pewna, wpełzała w tę stertę bałaganu, kładła się tam i przychodziła do siebie... ale po czym? W salonie siadywała na mojej starej sofie z podwiniętymi nogami, w pozycji, która w równym stopniu była poddaniem się temu, czego można było od niej wymagać, jak i jej sposobem bycia, jej posłuszeństwem. Obserwowała mnie, jakby odgadując polecenia i życzenia, albo czytała. Upodobaniem do czytania przypominała dorosłego: widok Emily siedzącej z wybraną książką czynił jej dziecięcą żywość jeszcze bardziej nienaturalną, jakby było to rozmyślne obrażanie mnie. Albo siedziała, otaczając ramieniem żółtego zwierza, który lizał jej rękę, kładł swój koci pysk na jej ramieniu i mruczał, a pomruk wypełniał całe mieszkanie.


Doris Lessing, Pamiętnik przetrwania

środa, 14 maja 2008

samobójstwo

Rozpacz jest sytuacją ostateczną albo «graniczną». Człowiek nie może posunąć się dalej. Naturę jej ukazuje w niektórych słowach etymologia słowa «rozpacz» wywodzącego się od «beznadziei». Nie widać żadnej drogi prowadzącej w przyszłość. Niebyt odczuwany jest jako coś absolutnie zwycięskiego. Jednakże istnieje granica jego zwycięstwa: niebyt jest odczuwany jako coś zwycięskiego, a odczuwanie zakłada byt. Pozostaje dość bytu, by odczuwać nieodpartą moc niebytu i to stanowi rozpacz wewnątrz rozpaczy. Ból rozpaczy polega na tym, że byt uświadamia sobie swą niezdolność afirmowania siebie z powodu mocy niebytu. W konsekwencji tego pragnie wyrzec się tej świadomości i tego, co ona zakłada, bytu, który osiągnął świadomość. Na próżno chcę wyzwolić się z samego siebie. Pojawia się rozpacz w postaci podwójnej – jako rozpaczliwa próba wymknięcia się rozpaczy. Gdyby lęk dotyczył jedynie losu i śmierci, dobrowolna śmierć byłaby drogą ucieczki od rozpaczy. Potrzebnym męstwem okazałoby się męstwo decyzji: nie być. Ostateczna postać ontycznej samoafirmacji polegałaby na akcie ontycznej samonegacji.

Jednakże rozpacz odnosi się także do winy i do potępienia. Nie ma przy tym sposobu wymknięcia się jej, nawet przez ontyczną samonegącję. Samobójstwo może uwolnić człowieka – o czym wiedzieli stoicy – od lęku przed losem i śmiercią. Nie może wszakże – o czym wiedzą chrześcijanie – uwolnić od lęku przed winą i potępieniem. Tkwi w tym jakiś wielki paradoks, podobnie jak paradoksem jest w ogóle stosunek sfery moralnej do egzystencji ontycznej. Stwierdzenie jednak tego paradoksu to stwierdzenie prawdziwe, potwierdzone przez tych, którzy przeżywali w pełni rozpacz potępienia. Niemożliwe, aby wyrazić nieunikniony charakter potępienia w terminach ontycznych, czyli w terminach posługujących się wyobrażeniami związanymi z «nieśmiertelnością duszy». Każde bowiem stwierdzenie ontyczne musi posługiwać się kategorią skończoności, a «nieśmiertelność duszy» znaczyłaby nie mające końca przedłużanie skończoności oraz rozpaczy potępienia (co byłoby pojęciem sprzecznym w sobie, gdyż finis znaczy koniec). Doświadczenie mówiące, że samobójstwo nie jest sposobem ucieczki od poczucia winy, należy więc rozumieć w terminach jakościowego charakteru żądań moralnych i jakościowego charakteru ich odrzucenia. Wina i potępienie są nieskończone pod względem jakościowym, a nie ilościowym. Mają one ciężar nieskończoności i nie można ich odsunąć przez skończony akt ontycznej samonegacji. To decyduje o beznadziejności rozpaczy, czyli o tym, że nie można od niej uciec. Oto sartrowski impas (Przy drzwiach zamkniętych). Lęk przed pustką i bezsensem obecny jest w rozpaczy zarówno w swym składniku ontycznym, jak i moralnym. W takim stopniu, w jakim wyraża on skończoność, może być usunięty przez samonegącję ontyczną: skrajny sceptycyzm wiedzie w ten sposób do samobójstwa. W takim stopniu, w jakim jest konsekwencją dezintegracji moralnej, prowadzi do takiej samej paradoksalnej sytuacji, jak w przypadku moralnego elementu w rozpaczy: nie ma z niego żadnego ontycznego wyjścia. To paraliżuje samobójcze tendencje towarzyszące przeżywaniu pustki i bezsensu. Człowiek jest świadomy daremności samobójstwa.


Paul Tillich, Męstwo bycia

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

wymiatanie komina

- Myślę, że powiedziałem wszystko. Że starzejący się chłopak osiągnął taki punkt w życiu, gdy nie widzi już sensu. Cel jego życia - mój cel, moje zamiary, nagrody, o które zabiegałem - wszystko się teraz wydaje absurdem. Gdy rozmyślam nad tym, jak dążyłem do absurdów, jak zmarnowałem jedyne życie, jakie mam, ogarnia mnie okropne uczucie rozpaczy.
- Do czego powinieneś był dążyć zamiast tego?
Czuł, że teraz ton głosu Nietzschego dodaje mu otuchy; stał się milszy, pewniejszy, jakby profesor znalazł się na znajomym terenie.
- To jest najgorsze! Życie to egzamin bez właściwych odpowiedzi. Gdybym miał zrobić jeszcze raz wszystko od początku, to myślę, że zrobiłbym dokładnie to samo, popełnił te same błędy. Któregoś dnia zastanawiałem się nad dobrym tematem na nowelę. Gdybym tylko potrafił pisać! Wyobraź sobie coś takiego. Do mężczyzny w średnim wieku, który prowadzi niesatysfakcjonujące życie, przychodzi dżinn z następująca propozycją: będzie mógł przeżyć swoje życie od początku, przy czym zapamięta wszystko z tego życia, które już przeżył. Mężczyzna, rzecz jasna, skacze z radości. Jednakże ku swojemu zdumieniu i przerażeniu stwierdza, że żyje identycznie, dokonuje tych samych wyborów, robi te same błędy, dąży do tych samych celów i wierzy w tych samych bogów.

Irvin D. Yalom, Kiedy Nietzsche szlochał

środa, 2 kwietnia 2008

czytanie czyni człowieka

Czytanie jest jedynym przyzwyczajeniem, zajęciem, badaniem siebie i przyjemnością – o czym opowiemy po kolei – które można uprawiać przez całe życie bez pomocy innych. Dzięki czytaniu nigdy nie jesteśmy samotni i nigdy się nie nudzimy, i to do końca życia (o ile wzrok pozwoli).

Zawsze w plecaku noszę jakąś ciekawą książkę, bo zawsze może się zdarzyć, że trzeba będzie poczekać. Nie daj Boże – u dentysty albo w antyszambrach u kogoś ważnego. Nie mówiąc naturalnie o pociągu, w którym niektórzy udają, że pracują na komputerze, a inni patrzą tajemniczym, rozproszonym wzrokiem w dal. Zawsze się zastanawiam, jak wytrzymują tak godzinami i dlaczego nie zajrzą do czegoś do poczytania. Zapewne nikt o nich nie zadbał w młodości i nie nabyli tego już nie tylko obyczaju, ale wręcz nawyku.

Człowiek w życiu na ogół nie jest samotny a nawet jeżeli jest, to może znaleźć sobie inne zajęcia niż czytanie, na przykład uprawianie ogrodu czy grę w szachy. Ale czytanie przynosi większe korzyści także w samotności, gdyż przebywanie w fikcji lub w przeszłości sprawia, że nie jesteśmy całkiem samotni. Towarzyszymy naszym bohaterom i odnajdujemy spokój oraz poczucie sensu świata. Nie należy przejmować się tym, że jest to świat lektury, a nie świat rzeczywisty, gdyż świat lektury jest równie rzeczywisty jak rzeczywistość, bo czyż rzeczywistość, jaka nas otacza, nie jest bardziej absurdalna, nonsensowna lub godna pożałowania? I czy wobec tego nie lepiej od niej uciec do rzeczywistości lektury? Dlatego też bardzo nie lubię, kiedy autor mnie zwodzi lub wprost oszukuje. Nie zdarza to się często, jeżeli jest się czytelnikiem wytrawnym, ale są tacy, którzy celowo zwodzą czytelnika. Do pewnego stopnia jest to dopuszczalne jako rodzaj gry, ale bywa karygodną o czym przekonała się Agatha Christie, kiedy została ukarana za świadome i bezwzględne oszukanie czytelników. W «Zabójstwie Rogera Ackroyda» narrator, którego odruchowo darzymy sympatią i któremu ufamy, okazuje się mordercą. Niby to żart, ale słusznie autorkę usunięto z brytyjskiego stowarzyszenia autorów powieści kryminalnych.

W naszej samotności między nami i autorem rodzi się szczególna więź, której nic nie powinno naruszyć. Dlatego nie lubię czytać recenzji z książek, które mi się podobały, bo krytyk może mieć niesłusznie negatywne zdanie i nieco mi zepsuje w ten sposób przyjemność. Jednak i tak nic nie pokona mojej przyjaźni z wielkimi pisarzami, tej szlachetnej i uczciwej, chociaż nierównej wobec ich wielkości, rozmowy, jaka nie ma końca i jaką można prowadzić zawsze, bez względu na okoliczności. I dlatego też godni najwyższego potępienia są ludzie, którzy widząc, że czytamy, traktują nas, jakbyśmy nic nie robili i przerywają nam bez pardonu. Oto przykład prawdziwego złego wychowania.

Czytanie, czyli... radości eklektyczne

Czytać można wszystko. Na przykład instrukcję używania odkurzacza – znam takiego, co to lubi. Można naturalnie czytać gazety i gazetki specjalistyczne o psach, rowerach czy seksie, ale istnieje jasny i dla każdego, kto lubi czytać, oczywisty podział na lektury wyższe i niższe, zgodnie z tym, jak John Stuart Mill dzielił przyjemności na wyższe i niższe. Nie można wyznaczyć odgórnie granic miedzy lekturami wyższymi a niższymi, gdyż dla każdego będą one przebiegały gdzie indziej, ale zawsze te granice istnieją.

Jednak prawdziwa przyjemność z czytania ma charakter dyletancki. Każde czytanie w celu zdobycia konkretnej wiedzy, która jest nam potrzebna w życiu zawodowym, jest czytaniem wymuszonym, nawet jeżeli – co rzadkie – okaże się lekturą przyjemną. Najlepsze jest czytanie takie, jakbyśmy chodzili po muzeum i nie załatwiali po kolei sal z obrazami hiszpańskimi, potem flamandzkimi, a potem, bo jest na wyższym piętrze, z wczesnym malarstwem sieneńskim, ale jakbyśmy chodzili i patrzyli tylko na obrazy, a jeżeli przypadkiem któryś nas zachwyci, sprawdzali, kto też go namalował. Warto w jednym tygodniu czytać o historii Rosji, by w następnym zaciekawić się powieścią świetnego angielskiego współczesnego pisarza Juliana Barnesa. Można też czytać kilka książek naraz, bo tak chcemy, bo jedne sprawiają nam przyjemność przed południem, a inne wieczorem przed spaniem. Ze wszystkich czegoś się dowiadujemy i zupełnie nic nie szkodzi, że jest to wiedza zarówno eklektyczna, jak i niepełna, gdyż taka wiedza jest lepsza od wiedzy maniaków, którzy wiedzą wszystko o samochodach – tak się naczytali – ale nic o miłości. Można mieć wątpliwości, czy taka wiedza jest w ogóle przydatna, ale trzeba szybko je rozwiać. Nie tylko jest przydatna, ale korzyści, jakie z niej czerpiemy, mogą niespodziewanie okazać się całkiem praktyczne. Na przykład lektura mało ważnej książki sensacyjnej może pomóc nam potem w sytuacji zagrożenia, bo wiemy co robić: zgasić światło w domu, poszukać narzędzia przypominającego młotek i czaić się za uchylonymi drzwiami. A poważnie – to opuszczane często przez wielu czytelników opisy przyrody są jednym z najlepszych źródeł naszej wiedzy na temat świata. Czytajmy więc niemal wszystko, z wyjątkiem może cudzych źle napisanych wynurzeń psychologicznych, bo możemy popaść w depresję.

Czytanie dla poznania siebie

Korzyścią, jaka płynie z czytania – co wiedziano od setek lat – jest także to, że czytając, poznajemy lepiej samych siebie. I nie chodzi mi naturalnie o współczesne banały psychologiczne w rodzaju «odnaleźć siebie», jakbym się gdzieś zgubił, albo «poznać swoją tożsamość», jakbym był wariatem, który nie wie, kim jest, lecz o zwyczajne przypatrywanie się samemu sobie dzięki stosowaniu metody porównawczej. Ile we mnie jest z Juliana Sorela, a ile z bohaterów Conrada? Na czym polega fenomen, że miłość przeistacza się w obojętność albo i nienawiść, jak tego uniknąć? Dla wielu ludzi wiedza o miłości pochodzi raczej z lektur niż z życia i nie ma w tym nic złego, że dzięki lekturze lepiej zdają sobie oni sprawę z tego, jacy są, jacy chcieliby być i jacy być powinni. Czytanie pozwala nam także dlatego lepiej siebie poznać, że w naszej kulturze bardzo rzadko rozmawiamy o sprawach prywatnych czy intymnych z najbliższymi, z przyjaciółmi. Z lektury i tylko z lektury dowiadujemy się więc o straconych złudzeniach i o smudze cienia Zresztą gdyby nam ktoś chciał opowiadać swoje przeżycia i wymagał od nas uwagi oraz współczucia, to byśmy raczej byli mu niechętni. Różnica – znowu ta sama – między rzeczywistością rzeczywistości a rzeczywistością fikcji polega na tym, że fikcja jest zazwyczaj o wiele ciekawsza i lepiej opowiedziana Jeżeli więc nie jesteśmy psychoterapeutami, to zamiast wysłuchiwać o cudzych kłopotach, znacznie lepiej jest o nich poczytać, i to u świetnego pisarza. Od niego wiele się dowiemy, jak mamy sami rozwiązywać nasze kłopoty, od znajomego lub znajomej wiedzy nie uzyskamy żadnej. Poznanie samego siebie przydaje się nie tylko po to, żeby się zmienić – kto to potrafi? – ale żeby wiedzieć. Wiedza zaś niekoniecznie nam pomaga, ale – podobnie jak wiara – czyni cuda. Nie jest więc tak, że od razu dzięki lekturze uzyskujemy konkretną i praktyczną wiedzę na temat tego, jak postępować, ale liczne lektury lepiej lub gorzej pamiętane w tajemniczy sposób kumulują się w naszej duszy i pomagają czasem na intuicyjne, a więc najlepsze, lub rozumowe, też nie najgorsze, rozwiązywanie zaskakujących nas trudnych problemów.

Czytanie jako przyjemność

Nie należy się wzdragać przed jasnym stwierdzeniem, że człowiek żyje przede wszystkim dla przyjemności. Oczywiście przyjemności mogą być różne i czytanie jest jedną z największych i najmniej zawodnych W tym przypadku już nie chodzi o samotność, a czasem – wręcz przeciwnie – o przyjemność z rozmowy z kimś bliskim na temat książki, którą oboje lub obaj przeczytaliśmy. Warto przecież zdać sobie sprawę z tego, jak niewiele jest naprawdę przyjemnych i zajmujących tematów do rozmowy. Poza utyskiwaniem na politykę i polityków, co wszystkim sprawia raczej niską przyjemność, mamy czytanie, które może prowadzić nawet do wspaniałych wspólnych doznań i wzruszeń, Czasem także korzyść z czytania polega na tym, że po prostu – zamiast oglądać mecz piłkarski, ale ile jest ciekawych meczów? – możemy całkowicie oderwać się od spraw domowych, a przede wszystkim zawodowych. Każdy z nas pamięta, co ma załatwić w najbliższej przyszłości i jakie czekają go nieprzyjemne rozmowy, a tu książka w rękę, głęboko siadamy w fotelu i wszystko znika za zasłoną zapomnienia. Prawda, trzeba będzie wrócić, ale ten czas, jaki spędzimy w całkowitym oderwaniu, jest nasz i nikt go nam nie zabierze. I dlatego nie wierzę, by ktokolwiek, kiedykolwiek, w jakichkolwiek okolicznościach sprawił, że przejdziemy całkowicie na czytanie zastępcze – w internecie, słuchanie, jak ktoś czyta, czy czytanie skrótów i bryków. Chwała czytaniu, bo nigdy nikomu jeszcze nie zaszkodziło (z wyjątkiem Don Kichota).


Marcin Król, „Dziennik”