Zdaje mi się, że cała wiedza o moim życiu pochodzi z książek
Jean-Paul Sartre, Mdłości

piątek, 10 kwietnia 2009

κένωσις


Przywołam teraz we wspomnieniu dawną obrzydliwość, ten jad, którym ciało zatruwało duszę — przywołam nie dlatego, jakobym go lubił, lecz po to, abym Ciebie umiłował, Boże. Właśnie przez miłość do miłości Twej przebiegam w gorzkim rozmyślaniu niegodziwe ścieżki mej przeszłości, abyś Ty dla mnie tym bardziej słodki się stał, błogości niezwodnicza, zasobna i bezpieczna, Ty, co mnie dźwigasz z tego rozproszenia, w jakim siebie roztrwoniłem, gdy od Ciebie jednego się odwróciwszy zagubiłem się wśród spraw tak wielu.

W pierwszym okresie młodości zapragnąłem rozkoszy niegodziwych. Pozwoliłem na to, by serce, jak dziczejące pole, zarosło chwastami miłostek rozmaitych i nie przynoszących chluby. Przed oczyma Twymi wszystko, co było we mnie piękne, zgniło aż do rdzenia, gdy podobałem się samemu sobie i bardzo pragnąłem ludziom się podobać.

Jedyną moją troską było to, żeby kochać i być kochanym. Ale nie poprzestawałem wówczas na takim przywiązaniu duszy do duszy, jakim jest wyznaczony słoneczny krąg przyjaźni. Opary wyłaniające się z mętnych namiętności okresu dojrzewania osnuwały i zaciemniały moje serce tak bardzo, że już nie umiało odróżnić pogody umiłowania od mroku żądzy. Jedno i drugie kipiało razem w pomieszaniu, gnając niedojrzałą jeszcze duszę przez urwiska pożądań i pogrążając ją w topielach grzechów.

Gniew Twój rozżarzył się przeciw mnie, a ja nic o tym nie wiedziałem. Ogłuchłem od szczęku łańcucha doli śmiertelnej, co było karą za moją pychę, i odchodziłem coraz dalej od Ciebie, a Ty pozwalałeś na to. Miotałem się jak szalony, trwoniłem siebie, rozlewałem się jak bagno, kipiałem niegodziwymi czynami, a Ty milczałeś. O, późno poznany przeze mnie! Milczałeś ciągle, a ja coraz dalej odchodziłem, coraz dalej od Ciebie, szedłem ku rzeczom wielu, ku coraz liczniejszym ziarnom, których jedynym plonem miał być ból — brnąłem tak w pysznej rozpaczy i w niespokojnym znużeniu. (…)

Ale ja burzyłem się nieszczęsny. Oderwałem się od Ciebie i pozwalałem, aby niósł mnie prąd. Łamałem wszystkie Twoje prawa. I nie uniknąłem Twojej chłosty. Któż ze śmiertelnych może jej uniknąć? Ty zawsze byłeś przy mnie, srożąc się miłosiernie i skrapiając bezmierną goryczą wszystkie moje niedozwolone rozkosze po to, bym szukał takich, w których nie ma cierpienia.

A takich nie miałem znaleźć nigdzie indziej, jak tylko w Tobie, Panie, w Tobie, który przez cierpienie uczysz, uderzasz po to, by uleczyć; zabijasz nas, abyśmy nie umarli daleko od Ciebie.

Gdzież to ja byłem, na jak dalekie wygnanie odszedłem od błogości domu Twego w owym szesnastym roku życia, gdy opanowało mnie szaleństwo i obie ręce podałem żądzy, na którą nikczemność ludzka pozwala, a prawa Twoje nie pozwalają. Moja rodzina nie pomyślała o tym, żeby przez małżeństwo uchronić mnie od upadku; troszczyła się tylko, żebym się nauczył jak najlepiej przemawiać i umiał innych przekonywać swymi wywodami.

Św. Augustyn, Wyznania

środa, 8 kwietnia 2009

przerwa


To niesłychane jak można wejść w czyjeś życie, a potem wszystko się ulatnia. (...)

Cały czas jestem w szoku. Zupełnie nie miałam zamiaru dzwonić wczoraj wieczorem, zupełnie. Byłam wykończona, chciałam się położyć wcześnie. Bardzo wcześnie. Spędziłam miły dzień. Spędziłam wiele godzin z Claude’em. Leonora wróciła w świetnym humorze. Spędziła cały dzień z Klarą u jej babci. Miałam plany na 8 maja wspólnie z Claude’em. Jakoś szło, wszystko powoli się układało. Zadzwoniłam. Miałam skurcze od dołu brzucha aż po klatkę piersiową, silne bóle. Biorę telefon do ręki. Pytam się, czy nie przeszkadzam. Mówi: „oddzwonię do ciebie za pięć minut”. Świetnie. Jak tam? Boli mnie brzuch, mam skurcze. Jestem potwornie zmęczona. Potem ona, rozświergotana: „byłam na wernisażu Arpaca, postanowiłam szesnastego urządzić przyjęcie, wspólnie z Agnes i Annie”. Od tego momentu rozmowa zaczęła się rwać. Byłam oczywiście zaproszona, mogłam zaprosić, kogo chciałam. Kogo niby mam zaprosić? Myślała, że sprawi mi przyjemność. No cóż, pomyliłaś się. Nie będziemy się więcej widywać, nawet jako przyjaciółki. Ciągle, ciągle, ciągle próbować odstawić, odprawić, odciąć. Tak mi się wydaje, na razie piszę bez zastanowienia. Spakować rzeczy, torbę, adios, żałuję, że cię poznałam. Żałuję, że 9 września poszłam na tę kolację. Na której się spotkałyśmy. Ciągle, ciągle. Widziałam się z Alainem, będę z nim pracować. Cieszę się. Chyba jesteś zadowolona? Przestań udawać, że to cię interesuje. Pójdę się położyć, jestem wykończona. Tak będzie lepiej, masz rację, idź się połóż. Odpocznij. Całuję. Otóż to. Do widzenia. Do zobaczenia wkrótce. Ale ciągniemy to dalej. Rozmawiamy. Jednak się nie klei. Później są zakłócenia na linii. Mówi: „oddzwonię do ciebie”. Dzwonię do Fryderyka, żeby było zajęte. Rozmawiam z nim dobre pół godziny. Potem do niej oddzwaniam. Mówię: „przepraszam, Fryderyk do mnie zadzwonił, dlatego było zajęte”. To dobry pomysł, żeby pracować z Alainem. Proszę cię, przestań. Powoli staje się to coraz bardziej nie do zniesienia. Odkładam słuchawkę, mówię, że mam dosyć. Oddzwaniam, mówię, że mam dosyć. Trzeba z tym definitywnie skończyć, nie spotykajmy się już więcej. Dłużej tego nie wytrzymam. Kładę się, umyłam zęby, jestem gotowa do snu. Wyłączyłam nawet telefon. Kładę się, ale jeszcze do niej dzwonię, włączam telefon i dzwonię. Żeby jej powiedzieć: mam dosyć, dosyć, dosyć. Każdego wieczoru spędzamy tak całe godziny. Ona mówi, mogłybyśmy zamiast tego coś poczytać, obejrzeć film, spotkać się z przyjaciółmi(kami), odpocząć, a nie spędzać tak całe godziny na niczym. Na wyłączaniu wydzwanianiu. Kładę się, dzwonię. Położyłam się, mówiąc do siebie tym razem to już koniec. Nie mogę tak dłużej. Jedyna dobra rzecz, że nastąpi jutro, będę mogła opisać to szaleństwo.

Christine Angot, Kazirodztwo

czwartek, 2 kwietnia 2009

szczur

Część książek była uporządkowana i oznakowana, część leżała dosłownie wszędzie. Kiedy już lepiej rozumiałem ludzi, zdałem sobie sprawę, że to właśnie ten niewiarygodny bałagan lubili w księgarni Pembroke najbardziej. Nie przychodzili po to, by po prostu kupić książkę, wybulić trochę kasy i się stąd zmyć. Pałętali się po sklepie. Nazywali to szukaniem, ale bardziej było to grzebanie albo przekopywanie. Dziwiłem się, że nie przychodzili z łopatami. Próbowali dokopać się do skarbów gołymi rękami, czasami zanurzali je aż po pachy, a kiedy wyciągali jakiś literacki samorodek z kupy śmieci, byli szczęśliwsi, niż gdyby po prostu weszli i go kupili. Pod tym względem zakupy w Pembroke były jak czytanie: nigdy nie wiesz, co spotkasz na następnej stronie – na następnej półce, w następnym regale czy pudle – i na tym właśnie polegała przyjemność grzebania. Na tym także polegała przyjemność łażenia tunelami – nigdy nie masz pewności, co cię czeka za zakrętem albo na dnie następnego szybu.
Podczas tych pierwszych podniecających tygodni penetrowania terenu nie zaniedbałem jednak mojej edukacji. Nigdy nie udawałem się do tuneli, nie spędziwszy najpierw kilku godzin z książkami. Robiłem zadziwiające postępy. Wkrótce rozumiałem już nawet tak zwane trudne powieści, głównie rosyjskie i francuskie, jak również proste prace z filozofii i zarządzania firmami. Teraz, dzięki kolejnym badaniom, jest dla mnie jasne, że osiągnięcia te były możliwe, ujmując to biologicznie, tylko na skutek ciągłego rozwoju moich płatów czołowych i skroniowych, któremu towarzyszyło, jak przypuszczam, niesłychane powiększenie zakrętu kątowego. Dokonując analizy wstecznej, od skutku do przyczyny, uważam za usprawiedliwione twierdzenie, że moja czaszka również skrywa pod swym nieatrakcyjnym wyglądem wyjątkowe boczne wydłużenie pola Wernickego, deformację zwykle kojarzoną z wcześnie rozwiniętymi zdolnościami werbalnymi, aczkolwiek występującą także w pewnych rzadkich formach zidiocenia. Przypisuję ten niezwykły wzrost stymulującemu otoczeniu, chociaż bez wątpienia dieta też miała w tym swój udział. Wywołał on jednakże pewien nieszczęsny skutek uboczny w postaci tak ciężkiej głowy, że z trudem przychodziło mi ją utrzymać we właściwej pozycji. Jak widać, muskulatura mózgowa nie szła w parze z postawnością budowy. Ciągle byłem przygnębiająco cherlawy. Chuchro. Gnojek i konus.

W psychiatrii przyjmuje się za pewnik, że wcześnie rozwinięty intelekt w połączeniu z fizyczną słabowitością może prowadzić do wielu nieprzyjemnych cech – chciwości, manii wielkości czy obsesyjnej masturbacji, by wymienić tylko kilka. Właśnie ze względu na to, że niektórzy tak zwani eksperci dysponują zaczerpniętym z najbardziej podstawowych podręczników gotowym wglądem w najodleglejsze zakamarki mojego charakteru, całe życie unikałem ich, mam na myśli psychiatrów, jak tylko mogłem. Sądzę, że ta awersja jest całkiem naturalna, jeśli weźmie się pod uwagę, iż wśród innych godnych ubolewania skutków mojej kondycji znajduje się niemal patologiczna potrzeba ukrywania się albo, o zgrozo, noszenia masek.

Kombinacja masywnej głowy i słabych kończyn sprawiła, że mój chód stał się ociężały; chociaż później wyobrażałem sobie, iż przydaje mi godności i metodyczności, wtedy wydawało mi się, że czyni on ze mnie jeszcze większego dziwaka. Idąc, czy raczej człapiąc, nie mogłem powstrzymać uporczywego kołysania, przez co bardziej przypominałem byka niż szczura. A mając tak obciążony przód, wykazywałem dużą skłonność do padania na pysk, ku wielkiej uciesze innych.

Sam Savage, Firmin

czwartek, 26 marca 2009

CBZT


W 1981 roku, dwa lata po ukończeniu studiów, pracowałem na drugim końcu stanu w gazecie „Herald-Palladium”. Mimo że mieszkałem trzy godziny jazdy od Harbor Hills, tamtej wiosny przyjechałem do domu, zakonserwowałem kadłub żaglówki i spuściłem ją na wodę. Tata był już wtedy na emeryturze, więc pomyślałem, że jeżeli mu ją przygotuję, to może zechce sobie popływać. Nawet na emeryturze pracował zbyt ciężko, więc chciałem mu zasugerować jakieś spokojne hobby. Lecz kiedy wróciłem w sierpniu do domu na weekend, zorientowałem się, że ani razu nie wypłynął. Prawdę mówiąc, wymawiał się od żeglowania, odkąd urosłem na tyle, by pływać samodzielnie.
– Idę na żagle, tato – powiedziałem. – Masz ochotę popływać?
– Nie, idź sam – odparł. – Zostało mi tu jeszcze tyle do zrobienia.
– No, chodź - namawiałem. – Nie daj się prosić. Pożeglujemy jak kiedyś. Tylko na chwilę. – Upierałem się, dopóki się nie zgodził.
Tamtego dnia wiał dość mocny wiatr, ale nie było to nic bardziej wyjątkowego niż to, co już wcześniej nieraz przeżywaliśmy w naszej mocnej żaglówce. Usiadłem przy sterze i prowadziłem łódź przez grzywacze, luzując żagle, gdy trafiały w nas porywy. „Mary Ann” przechylała się figlarnie i nurkowała naprzód. Na jeziorze zaproponowałem tacie, żeby przejął ster i grotszota. Zrobił to dość niechętnie. Od kilku lat nie pływał zbyt wiele i widziałem, że się denerwuje. Lecz szybko przypomniał sobie cudowne lata. Uśmiechał się, spoglądając w górę na takielunek i sprawdzając ustawienie żagla.
-– Tyle razy dobrze nam się pływało tą naszą łupinką – powiedziałem, a on skinął głową. – Pamiętasz, jak mi powtarzałeś, że życie jest jak sterowanie żaglówką? Trzeba wybrać kropkę na horyzoncie i uważać, żeby nie zejść z kursu?
Uśmiechnął się na wspomnienie swoich prób znajdowania życiowych lekcji w codziennych czynnościach.
– Drobne poprawki w trakcie. Chyba ci to mówiłem – upewnił się. – Życie polega na drobnych, ale ciągłych poprawkach kursu.
– Przynajmniej jeżeli nie chcesz się nadziać na mieliznę – przyznałem.
Właśnie otwierał usta, żeby dodać coś jeszcze, kiedy przyszedł silny poryw wiatru. Poczułem go najpierw na karku, a ułamek sekundy później w żaglach. Doświadczeni żeglarze wiedzą, co robić, gdy zerwie się silny wiatr – ustawić się dziobem do wiatru i zluzować szoty, żeby zmniejszyć przechył. Tata też o tym wiedział i robił to niezliczoną ilość razy. Tym razem mocniej chwycił ster i szotgrota. Ja puściłem kliwer i wlazłem na unoszącą się w górę burtę łodzi. Ojciec siedział bez ruchu, wpatrzony w lejącą się do kabiny wodę. Sekundę później krzyknął:
– John, bierz ster!
Rzuciłem się ku niemu.
-– John! Pomóż! – W jego głosie było coś, czego nigdy wcześniej nie słyszałem: panika.
W naszej rodzinie to tata zawsze zachowywał zimną krew i dowodził w trudnych sytuacjach. Kiedy byłem jeszcze w przedszkolu, mama strąciła puszkę farby z drabiny w salonie. Jej zawartość rozbryznęła się na zasłony, kanapę i dywan. Mama osunęła się na kolana i wybuchnęła płaczem, lecz ojciec natychmiast skoczył na ratunek, spokojnym głosem wydając każdemu polecenia: „Marijo, ręczniki! Tim, wiadro zimnej wody! Michael, gąbki!” Udało mu się zebrać większość farby, zanim zdążyły pojawić się plamy. Tata najlepiej sprawdzał się w sytuacjach kryzysowych. Zawsze był pasterzem swojego stada, to na nim polegaliśmy, gdy trzeba było rozwiązać jakieś problemy, naprawić jakieś zło. Jednak nie tamtego dnia. Gdy łódź przechyliła się na tyle, że nie mogła się już podnieść o własnych siłach, zrozumiałem, że nasze role się odwróciły. Teraz on był jagnięciem, a ja jego obrońcą. Nagle stanął mi przed oczami jego atak serca sprzed kilku lat, podobnie jak dwa poważne ostrzeżenia lekarzy: unikać stresujących sytuacji i wszelkich wstrząsów, jak na przykład nagłe zanurzenie w zimnej wodzie. W żyłach poczułem elektryzującą falę adrenaliny.
Chwyciłem za ster, ale było za późno. „Mary Ann” już przechylała się na bok, kokpit wypełniał się wodą, a maszt i żagle położyły się na powierzchni jeziora. Obaj z pluskiem wpadliśmy do wody. W oczach ojca dostrzegłem błysk przerażenia.
– Wszystko w porządku, tato – uspokoiłem go. – Nic nam nie będzie. Zobacz, wszystko jest okej.
Pomogłem mu włożyć kamizelkę ratunkową i usiąść okrakiem na wystającej z wody części dziobu. Potem opłynąłem łódź i zebrałem pagaje oraz poduszki na siedzenia.
– Zaraz ustawimy tę naszą łupinkę – zawołałem. W ciągu czternastu lat żeglowania wywróciliśmy się po raz pierwszy. – Nic się nie stało, tato. Tylko się trochę zmoczyliśmy.
Po kilku chwilach wrócił do dawnej formy, odzyskując spokój i opanowanie.
– Chyba trochę zardzewiałem – stwierdził z zakłopotaniem.
– Nieźle dmuchnęło – powiedziałem. – Ja też się tego nie spodziewałem. Z tymi słowy stanąłem na stępce, chwyciłem za burtę i kołysałem się, dopóki łódź znów nie stanęła na wodzie. Tata trzymał się burty, kiedy wybierałem wodę. Dość szybko zniosło nas na piaszczystą łachę, gdzie stanęliśmy, a ojciec mógł bez problemu wdrapać się z powrotem na pokład.
– Ale się podziało! Przerwaliśmy naszą dobrą passę – zażartowałem, kiedy cumowaliśmy łódkę przy pomoście.
– Co za dzień – podsumował tata.
– Co za dzień – przyznałem. Rzeczywiście tak było. Gdy refowałem żagle, zdałem sobie sprawę, że tata już nigdy więcej nie wejdzie na pokład „Mary Ann”, a mnie już nigdy więcej nie będzie pisane spędzić z nim takiego popołudnia na wodzie, ramię w ramię, jak syn z ojcem. Bywają w życiu takie chwile, które ulatują z pamięci, jeszcze nim się skończą. Lecz są też takie, które pozostają z nami na zawsze. Nosimy je ze sobą przez lata, pod samym sercem, jak snopy cennej świetlistej jasności. Stają się częścią tego, czym jesteśmy. Staliśmy obok siebie przemoczeni do suchej nitki – a ja już wiedziałem, że to jedna z takich chwil.
Wiedziałem, że ścieżki naszego życia krzyżują się jak ślady odrzutowców na pustym niebie. Mój ślad unosił się ku dorosłości i obiecującej przyszłości, a jego zaczął stopniowe schodzenie ku nieuniknionemu kresowi życia.
Para kaczek wylądowała na powierzchni Laguny, wyrywając mnie ze wspomnieniowej zadumy. Minęły dwadzieścia trzy lata od naszej ostatniej wyprawy łódką. Dwadzieścia trzy lata, a jak daleko zaniosły nas rozbieżne trajektorie lotu.


– John, zrób mi przysługę, dobrze? – poprosił tata. Siedzieliśmy w starym pokoju Marijo, wiele lat wcześniej zamienionym w pokój telewizyjny, gdzie właśnie skończyliśmy oglądać wiadomości o osiemnastej. Słyszeliśmy uwijającą się na dole w kuchni Elizabeth i dochodził nas zapach imbiru i czosnku. Przygotowywała na kolację swoją specjalność – azjatyckie danie składające się z makaronu, kurczaka, krewetek i warzyw.
– Oczywiście, tato – odpowiedziałem.
– Idź do mojego pokoju i przynieś to pudełko, które mi zrobiłeś. Leży koło łóżka.
Znalazłem je na szafce nocnej, obok latarki i budzika. Ostatni raz widziałem to pudełko jedenaście miesięcy wcześniej, gdy wysyłałem mu je jako prezent na osiemdziesiąte ósme urodziny. Nie miałem pojęcia, jak je nazwać. Nie było na tyle wykwintne, by zasłużyć na miano kasetki, poza tym tata nie miał żadnej biżuterii oprócz kilku par spinek do mankietów i obrączki ślubnej, której nie zdejmował z palca od pięćdziesięciu sześciu lat. Nie była to też skrzynka na pamiątki. Po prostu nieduże, lecz masywne pudełko, które zrobiłem sam z kawałków twardego drewna, jakie zebrałem w lesie za moim domem w Pensylwanii. U dołu miało szufladkę, a u góry wieczko, które można było otworzyć.
Od zawsze pasjonowałem się obróbką drewna, chociaż nie miałem żadnych szczególnych uzdolnień w tym kierunku. Robiłem ramy do obrazów, deski do krojenia i samochodziki zabawki dla dzieci. W ostatnich latach zacząłem poszukiwać w lasach zwalonych pni szczególnie pięknych odmian drzew – czerwonego dębu, orzecha i czeremchy amerykańskiej, ciąłem je na deski, a z desek heblowałem płyty. Zaplanowanie i wykonanie pudełka dla taty zajęło mi rok. Przez całe życie dawałem mu przewidywalne prezenty: wody po goleniu, krawaty i grube biografie nieżyjących prezydentów. Lecz ojciec nie stawał się młodszy i trudno było zaprzeczyć, że od czasu mojego ślubu oddaliliśmy się od siebie. Ten krzyż, ciężar dzielących nas różnic religijnych, mieliśmy nieść razem przez całe życie. Tata otrzymał błogosławieństwo – dar wiary, lecz ja urodziłem się z przekleństwem sceptycyzmu. Jego przeznaczeniem była wiara, moim – zwątpienie. Robiąc dla niego to pudełko, tak samo jak planując ogród, podejmowałem próbę przeskoczenia dzielącej nas otchłani, chciałem mu dać poznać, że nadal mi na nim zależy.
Podniosłem pudełko, które wydało mi się cięższe niż kiedyś, i pogładziłem atłasowe, ręcznie polerowane ścianki. Mama drzemała po swojej stronie łóżka z podwiniętymi jak u dziecka nogami. Nie chciałem jej budzić, chociaż ryzyko było niewielkie. Na palcach wyszedłem z sypialni i położyłem pudełko tacie na kolanach.
– Pomyślałem sobie, że chciałbyś widzieć, do czego go używam – powiedział i podniósł wieczko.
Wewnątrz znajdowała się kolekcja rodzinnych skarbów. O istnieniu wielu z nich nie miałem pojęcia. Wyciągał je jeden po drugim i o każdym opowiadał parę słów: różaniec jego dziadka ze srebra i hebanu, okulary w drucianej oprawie należące do jego ojca, prawo jazdy jego matki, obrączki ślubne rodziców. Z małej szarej koperty wysypał stos wojskowych insygniów i belek, jakie zdobył w marynarce.
– Nazywaliśmy to sałatką owocową – wyjaśnił.
Otworzył niewielką szufladę u dołu pudełka i wyciągnął złoty zegarek, który w 1909 roku jego ojciec otrzymał od Rapid Vehicle Motor Company za uczestnictwo w pierwszej wyprawie samochodowej na szczyt Pikes Peak w Colorado, oraz króliczą łapkę na szczęście. Dziadek nosił ją zawsze przy sobie. W małej sakiewce znajdowała się kolekcja odznak upamiętniających kolejne kamienie milowe czterdziestoletniej kariery zawodowej taty w General Motors. Każdą zdobił niewielki brylancik. Tata opisał mi wszystkie rzeczy po kolei. Żebym wiedział. Gdy pewnego dnia zajrzę do pudełka z moimi dziećmi albo z wnukami lub one z własnymi, przedmioty te będą czymś więcej niż garścią zapomnianych staroci. Z każdym wiązała się jakaś opowieść, część historii naszej rodziny. Każdy stanowił nić łączącą nas z przeszłością. Wiedziałem, że tata nie chciał, żeby popadły w zapomnienie.
Z samego dna szufladki wyjął złożony arkusz papieru – rozpoznałem w nim liścik, który wsunąłem do pudełka przed wysłaniem. Teraz odczytał na głos słowa napisane przeze mnie prawie rok temu. Opisywałem cały proces powstawania pudełka, od wyboru kawałków drewna do nałożenia ostatniej warstwy wosku. Opisywałem, jak frezowałem wieko i wycinałem dłutem miejsca na zawiasy. Przyznawałem się, jak wiele błędów zdarzyło mi się po drodze i jak wiele wynikających z nich kompromisów musiałem zaakceptować, chcąc wykonać zadanie, którego się podjąłem z myślą o zrobieniu czegoś doskonałego. Przypuszczam, że w tym sensie moja praca bardzo przypominała życie.
Notatkę zakończyłem tymi słowami:

Dzieci przyglądały się, jak pudełko powoli nabiera kształtów, i to było dobre. Wiedziały, że jest prezentem dla ich dziadka, i dlatego bardzo się nim interesowały, szczególnie Colleen. Sama też zrobiła, z moją pomocą, proste sosnowe pudełko. Potraktowałem to jako wspaniałą sposobność spędzenia czasu sam na sam z córką i przypomniały mi się chwile, które razem z Tobą spędzałem w naszym warsztacie w piwnicy. Wiele się tam od Ciebie nauczyłem.

Oto historia Twojego pudełka, Tato, zbudowanego pokornymi dłońmi i otwartym sercem. Nie mam pojęcia, do czego może Ci się przydać, i założę się, że Ty też nie wiesz. Ale mam nadzieję, że postawisz je gdzieś, gdzie będziesz je widział każdego ranka, a może późnym wieczorem. I za każdym razem, kiedy na nie spojrzysz, chcę, żebyś wiedział, jak wiele dla mnie znaczy to, kim dla mnie byłeś i nadal jesteś. Dałeś mi wszystko, co mógł dać chłopcu jego ojciec.


Tata złożył liścik i schował do szufladki.
– John, twoje słowa bardzo wiele dla mnie znaczą – oświadczył.

John Grogan, Najdłuższa podróż do domu

poniedziałek, 16 marca 2009

Apel o pomoc dla „Tygodnika”


Drodzy Czytelnicy i Przyjaciele, kryzys finansowy, którego skutki dotknęły już wiele przedsiębiorstw, wydawnictw i gazet, a w konsekwencji – konkretnych ludzi, dotyka także nas. „Tygodnik Powszechny”, który zawsze był nastawiony bardziej na pełnienie misji niż na zysk, znalazł się w sytuacji tak poważnego zagrożenia, że uznaliśmy za konieczne Was o tym poinformować.

Od ponad sześćdziesięciu lat nasze pismo pełni rolę jedyną w swoim rodzaju – jest pismem polskich katolików i zarazem pismem polskiej inteligencji, niekoniecznie poczuwającej się do związków z Kościołem. W okresie PRL-u byliśmy głosem niezależnej opinii publicznej, po 1989 r., kiedy na rynku mogło pojawić się wiele innych tytułów, sytuacja w oczywisty sposób uległa zmianie. W 2007 r. stało się jasne, że „Tygodnik” w dawnej formule nie przetrwa: konieczne były reformy, których przeprowadzenie umożliwiło dokapitalizowanie spółki przez nowego wspólnika, grupę ITI (należy podkreślić, że umowy z ITI zapewniły całkowitą niezależność redakcji w zakresie linii programowej i spraw personalnych).

Wprowadzane w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy zmiany przyniosły efekty. Mimo spadków sprzedaży innych tytułów, sprzedaż „Tygodnika” zaczęła rosnąć (w roku 2008 o 10 proc.), zwiększyła się liczba cytowań „TP” w ogólnopolskich mediach, a także liczba odwiedzin na naszej stronie internetowej (w lutym 2009 – 590 tys. tzw. unikalnych użytkowników). O tym, że „Tygodnik Powszechny” jest potrzebny i nadal spełnia swoją rolę, świadczą także Wasze listy, żywy udział w debatach, głosy na spotkaniach, w których mam okazję brać udział.

Oczywiście „Tygodnik” nigdy nie będzie pismem popularnym ani masowym. Nie może zejść poniżej pewnego poziomu i zawsze będzie wymagał pewnego wysiłku intelektualnego, jednym słowem: będzie adresowany do normalnego, polskiego inteligenta. Jako pismo katolickie stanowi namacalny dowód wolności myśli w Kościele, bywa bowiem krytyczny, stawia trudne pytania i zmusza do myślenia. Ośmielamy się sądzić, że bez niego Polska byłaby uboższa i że uboższy byłby także polski Kościół.

Proces stopniowej poprawy sytuacji pisma zakłóciły skutki kryzysu. Staraliśmy sobie z nimi radzić: na wzrost cen papieru zareagowaliśmy podniesieniem ceny pisma, co spotkało się ze zrozumieniem Czytelników i nie odbiło się negatywnie na sprzedaży „Tygodnika”. Katastrofalne okazało się załamanie rynku reklam, które dotknęło wszystkie media, prasę zaś w szczególności. Co prawda nigdy głównym źródłem przychodów „TP” nie były reklamy, niemniej ich brak dramatycznie zakłócił naszą równowagę finansową.

Robimy to, co możliwe, by te straty rekompensować, zabiegamy o pozyskiwanie na konkretne projekty pieniędzy z różnych źródeł: krajowych i unijnych, co jednak nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Wniesiony przez ITI kapitał wydobył „Tygodnik” z trudnej sytuacji, ale nie zapewnia wyjścia z zapaści. Powiedzmy wprost: zagrożona jest dalsza egzystencja pisma.

Dlatego dziś, w godzinie kryzysu, ośmielamy się zwrócić do Was z prośbą o pomoc.

Pomocą będzie przeznaczenie 1 procentu od podatku dochodowego PIT na Fundację Tygodnika Powszechnego (tej pomocy doświadczaliśmy zresztą od Was już w latach poprzednich).

Pomocą będzie każdy nabyty przez Was numer pisma, pomocą i promocją pisma będzie również nabycie dodatkowego numeru jako daru dla krewnych czy przyjaciół. Obserwowany w ostatnich miesiącach wzrost sprzedaży jest w obecnej sytuacji wciąż zbyt powolny.

Naszych Internetowych Czytelników prosimy: sięgnijcie także po wydanie papierowe.

Zbawienną w tej fazie pomocą będzie wreszcie każde doraźne wsparcie Fundacji Tygodnika Powszechnego, z przeznaczeniem na potrzeby zagrożonego pisma.

Liczymy też na to, że naszym zmaganiom z kryzysem towarzyszyć będą Wasze życzliwe uczucia, dobre słowo i modlitwa.

O podobną pomoc zwróciliśmy się do Czytelników tylko raz, w 1957 r., kiedy postanowiliśmy powołać do życia wydawnictwo Znak, co dzięki hojności donatorów okazało się możliwe. Dziś, wobec narastającego kryzysu, zwracamy się z takim apelem po raz drugi. O przebiegu akcji będziemy informowali na bieżąco: Wasze zaangażowanie zobowiązuje do tego, aby nasze działania były transparentne, a zapoznanie się z nimi – dostępne dla tych, którzy w jakikolwiek sposób zdecydują się nam pomóc.



Numer konta Fundacji Tygodnika Powszechnego:

DB PBC S.A. 31 1910 1048 2006 1845 1121 0001

Ks. Adam Boniecki